Wspinam się, więc jestem
czyli
bez znieczulenia na temat środowiska 1970-1980

 
 
 

Piotr PaćkowskiRozszerzony wywiad, który przeprowadził ze mną Krzysiek Lizak. Pewne sprawy wypadły z tego wywiadu, inne zostały zapomniane. Zdecydowałem się więc na postawienie kilku kropek nad "i"...

 

* * *

Krzysiek Lizak: Jakie były twoje początki wspinaczkowe?

Piotruś P.Piotr Paćkowski:
Zacząłem się wspinać w 1973 roku, po kilkuletnich włóczęgach po pobliskich górach (Sudety, Bieszczady, Beskid) znalazłem coś nowego - Tatry!

Z bratem przeleźliśmy Tatry turystycznie wzdłuż i wszerz. Kiedyś, wracając z Orlej Perci na Halę, spotkaliśmy dwóch taterników. To była moja iluminacja! Po krótkiej rozmowie byłem pewien, ze wspinaczka jest tym, czego szukam. Kupiliśmy pierwszą linę w Składnicy Harcerskiej we Wrocławiu. Pierwszą drogę zrobiłem z bratem na Orlej Baszcie. Nasz wyczyn nie był powodem do zadowolenia: wiele zrzuconych kamieni, stanowiska asekuracyjne pi razy oko itd.

Wieczorem, dość późno dotarliśmy do schroniska w Pięciu Stawach, gdzie wszyscy już spali. Słyszałem, że taternicy mogą spać na korytarzach, więc tam się ulokowaliśmy. Brat rzucił okiem do piwnicy, a że naczytał się o tragediach tatrzańskich, zawołał: "Zestaw Gremmingera"! Rano okazało się, że była to stara uprząż końska!

Potem trzeba było zacząć wspinać się jakoś oficjalnie, gdyż - jak czytałem - poza oznaczonymi szlakami na terenie TPN mogą tylko działać członkowie klubu wysokogórskiego. Bylem wówczas w liceum, pierwsze kroki skierowałem do Sekcji Grotołazów, gdzie zaliczyłem kurs w Dolinie Będkowskiej.

W SG atmosfera była na luzie. Było to środowisko typowo regionalne, akcje jaskiniowe organizowało się w swoim gronie. Grotołazów z innych zakątków kraju spotykaliśmy głównie podczas skałkowych wyjazdów treningowych. Oczywiście istniała też stara gwardia. Największym jej wyczynem było zniesienie jaj w Saint Pierre Martin, gdzie chłopcy się pogubili i wszczęto kosztowną akcję ratowniczą. Potem stwierdziłem, że groty to nie moja pasja i wstąpiłem do KW.

Trochę znali mnie ludzie z Sokolików, więc Marek Kęsicki i Bogdan Nowaczyk podpisali mi podanie o przyjęcie do klubu. Tak zostałem nie Indianinem, lecz sympatykiem.

W KW panowała atmosfera przypominająca przedwojenne ekskluzywne kluby wspinaczkowe. Oprócz swojego członka trzeba było znaleźć dwóch członków wprowadzających. Dla mnie było to jakimś anachronizmem w demokratycznej komunie. Ale takie były czasy. Po latach wydaje mi się, iż to właśnie to ta atmosfera ekskluzywności była genezą klik i pokoleniowych animozji.

Igor KollerPotem przyszedł pierwszy sezon na taborisku, potem pierwsza Słowacja w Brančalowej, gdzie podczas ulewnego deszczu wspinałem się z Igorem Kollerem na Jagnięcym. Koller miał dość stagnacji i zapodał: kto się chce wspinać? Powiedziałem ze ok. Wpuścił mnie w niby czwórkową drogę, prowadziłem, na drugiego wspinała się jego dziewczyna. Ślisko było jak po mydle. Nagle patrzę - Igor posuwa obok solo, mówiąc: to ostatni wyciąg trudności, potem będzie łatwo!
Koller był już wówczas ostrym wspinaczem, jego partnerem był Ondrej Belica. Potem Igor wspinał się solo. Jego najsłynniejszą drogą są Ryby (voie des Poisson) chyba, jeśli się nie mylę, na Marmoladzie.

Na Słowacji była wówczas jeszcze napięta atmosfera lecz lepsza niż w Czechach. Jak to po `68-ym. Pamiętam, jak w Brančalce chyba Prajzner poczubił się z Czechami. Wyzywali się od kokotow. Potem robili zakłady kto dalej przeniesie na członku wiadro wody. Potem wszystko się jakoś załagodziło przy świetnym piwie, chłodzonym w plesie.
A`propos piwa: piwo pili prawie wszyscy. W skałkach często stara gwardia piła też - po kryjomu przed kursantami - inne trunki.

Awansowałem na członka-uczestnika. Bylem wówczas w Moku, gdy doszła wiadomość o tragedii z Broad Peaku Middle. Ciężko przeżyłem śmierć Kęsickiego i Nowaczyka, moich ojców chrzestnych. Ale jakoś przeszło, ponownie pojechałem z dziewczyną na Słowację do Brančalowej z nadzieją, że może będzie tam Igor, a może nawet "Pająki".

Co do awansów na rożne stopnie w KW, to zdziwiony bylem lekkością egzaminu. Adam Uznański, ówczesny prezes KW, pytał mnie tylko o to, co widziałem na takiej i takiej drodze, z pewnością żeby sprawdzić mój wykaz przejść. Nie padło żadne pytanie na temat techniki asekurowania itd.

Wiedziałem, że wkraczam w dziedzinę, gdzie będę zdany wyłącznie na siebie. Za moich czasów nie było żadnego szkolenia, naszym kompendium wiedzy była przestarzała książka Popki.



Jak było z tym wozem na śmieci w Morskim Oku?

W Moku byliśmy pod stałą obserwacją, zawsze był jakiś "koordynator z ramienia...". Na indywidualistów jednak nawet koordynator nie mógł wywrzeć żadnego wpływu. Mityczną ekipą była grupa, którą tworzyli Dziadek, Ojciec, Krowa, Żaba.. Jej dziełem były różne dymy, ale najsłynniejszy to afera z wozem na śmieci, który Dziadek potem nazywał " wozem od gówna". Przed starym schroniskiem stał taki wóz na gumowych oponach, gdzie śmieci się kisiły przez tydzień i potem je zwozili gdzieś na Łysą Polanę. Chłopcy kiedyś byli trochę pijani i chcieli sprawdzić, czy ten wóz sam ruszy z miejsca. Wyjęli cegły i belki, które trzymały go na tym zboczu i wóz zaczął jechać drogą ze starego schroniska. I to, cholera, coraz szybciej. Nie dało rady go zatrzymać, w końcu wpadł do rowu i wywaliły się wszystkie śmieci. Ktoś podkablował i rano przyjechała milicja, bo to park narodowy, ale jakoś się to załagodziło. Wszyscy się zebrali solidarnie, znaleźli jakieś stare liny i wyciągnęli ten wóz. Ale te liny tam potem zostały i gdy jakiś młody kursant chciał się wspinać, a nie miał liny to się mówiło: "Idź do dziadka, dziadek ma linę od gnoju!"
Inna historia związana jest z poręczowaniem przez ekipę Dziadka nowej drogi na Kazalnicy koło Wielkiego Zacięcia. Chłopcy wykopali igloo pod ścianą, żeby nie schodzić ciągle do Moka i gdy nie było pogody, pielgrzymki waliły zobaczyć tę lodową grotę. Niektórzy donosili piwo. To był chyba jakiś odskok od sztywnego i skostniałego związkowego życia w Moku, gdzie wszyscy byliśmy
pod specjalnym nadzorem.


Kto kierował wówczas w Morskim Okiem? Dziunia?

Tak, praktycznie, jak wiadomo, z dziada pradziada. W 1975r. zdarzyła się taka przykra sprawa, że aż baliśmy się, czy nas nie wyrzucą z Morskiego Oka... Dziunia wychodzi z kuchni i mówi: "Panie Michnowski, jest Pan pijany, proszę natychmiast opuścić schronisko". Dziadek, który siedział pijany z Krową, puścił pawia koło Dziuni i powiedział: "Dziunia! Mimo, że jesteś taka gruba, to cię kocham". Na koniec poklepał ją po tyłku! Potem miał przewalone, bo to wszystko zaszło za daleko. Nie popieram chamstwa, ale to była niezapomniana afera.

Spaliście wówczas na taborisku?

Tylko latem. Gdy była brzydka pogoda, to siedziało się w schronisku do jedenastej i dopiero potem wszystkich wyrzucali na taborisko, bo wiesz, zimno - gdzie tam będziesz kiblował w namiocie.. Żeby było co pić, to mieliśmy kanistry pod stołami, które uzupełniało się w barze przed dziewiętnastą, bo wtedy go zamykali, a tak do końca posiedzenia było piwo. Pewnego wieczora,w 1977 roku, kiedy znowu lało, siedzieliśmy w schronisku z grupą wrocławską. Ja siedziałem kolo Kacugi, który narzekał, że nie ma piwa i nie ma co pić. Zauważyłem resztki piwa, poszedłem do kibla i przyniosłem prawie pełny kufel. Wszyscy byli już trochę pijani, więc pomyślałem "zobaczymy" i jak gdyby nigdy nic postawiłem ten kufel na stole. Kacuga zobaczył: "O piwo!" Zaczął pić i wypił prawie całe. Ja na to, że tam było pół moczu i wszyscy zaczęli mnie popierać, że tak, że pół moczu było! Ten się sprzeczał, że głupoty gadamy, dobre piwo było! Skończyło się tak, że mieliśmy pierwsze po sezonie letnim zebranie w klubie. Lokal klubowy był wówczas na politechnice wrocławskiej, a prezesem klubu był Bogdan Jankowski. Odczytywał podsumowanie sezonu letniego, w którym zapisano: "...były przejścia ciekawe, w których uczestniczyli członkowie naszego klubu, ale były też rzeczy bardzo nieprzyjemne, wiele afer, a jedną z najgłośniejszych, która się odbyła w Morskim Oku było tzw. sikanie do kufli, w którym uczestniczyli także członkowie naszego klubu..."



Jak długo siedziałeś Tatrach?

Latem w Moku dwa miesiące i zimą co najmniej miesiąc. Latem w 1978 roku zrobiliśmy z Marianem Jargiłłą na lewo od Motyki na Zamarłej Turni nową drogę. Ochrzciliśmy ją Super Brutal Express, bo wtedy używałem dezodorantu o nazwie "Brutal". Nie było jeszcze w kraju tej mody, że nadawało się drogom nazwy. Nyka, wówczas naczelny "Taternika", był raczej tradycyjny i obciął Super Brutal Express. Tak więc do dziś nasza droga nie jest znana pod tą nazwą, lecz jako droga Jargiłly i Paćkowskiego. Potem gdy Małolat otworzył nową drogę na Kazalnicy, nazwał ją Schody do nieba, ale na początku w "Taterniku" także nie używali tej nazwy.

Zimą, dzięki zgodzie Łapińskich, amatorzy przejść zimowych koczowali w starym schronisku, które pękało raczej w szwach. Dlatego tez pozwolono taternikom na spanie w korytarzach w Moku, było to właśnie centrum zimowego wspinania tatrzańskiego PZA.

Wieczorem wszyscy się rozkładali na karimatach przygotowując sprzęt na następny dzień. Zresztą tego spania to nie było dużo, gdyż na zimowe wyjścia wychodziło się wcześnie nocą. Takie były wówczas warunki. Na Słowacji było inaczej. Szczególnie zimą docenialiśmy hotelowy komfort. Faktem jest, ze niektóre słowackie schroniska to hotele, lecz zimą trzeba się chyba porządnie wykąpać i wyspać. W okolicach Zakopanego pełno było, nawiasem mówiąc, rożnych ośrodków wypoczynkowych należących do MSW czy MON. Kiedyś w pociągu poderwaliśmy panienki, które tam się wybierały. Przez miesiąc mieliśmy gdzie się wykapać nie mówiąc już o innych przyjemnościach. W tych ośrodkach, nawiasem mówiąc, psy tyłkami szczekały, ale było dobre jedzenie i kilka samotnych dziewczyn.

A zimą?

Z Kaziem Borkowskim zrobiliśmy w 1979 roku pierwsze zimowe przejście Drogi Dřlika-Orolina na Malej Żółtej Ścianie (Kozia Kazalnica ) w dolinie Małej Zimnej Wody. Zajęło nam to dwa i pół dnia. Właściwie dwa dni, ale Kaziu był szczupły i nie chciał jeść. Mówiłem mu: "jedz, bo zimą padniesz!" Drugiego dnia wieczorem Kazia opuściły siły i padł, kaput. Byliśmy sześćdziesiąt metrów od szczytu i to w łatwym terenie, ale Kaziu był w takim stanie, że nie było sensu iść do przodu. Wykopaliśmy dziurę na grani, zabiwakowaliśmy, dałem mu jeść i dopiero następnego dnia doszliśmy do szczytu. Potem zrobiliśmy nową drogę na Baranich Rogach, lecz do dzisiaj zastanawiam się, czy była to naprawdę nowa droga.
Latem tego roku z Kaziem Borkowskim i Jargiłłą odhaczyliśmy kilka dróg na Słowacji w Dolinie Wielickiej, miedzy innymi na Kotłowym Szczycie (Mały Gerlach) i na Wielickiej Baszcie.

Napisałem potem notatkę w Taterniku na ten temat i znowu był dym w klubie we Wrocławiu, gdyż nie powiedziałem jasno, iż był to obóz KW, pisząc: Borkowski, Jargiłło i Paćkowski z AKA. W sumie to była drobnostka i było to niecelowe z moje strony, gdyż wszyscy praktycznie mieliśmy podwójną przynależność klubowa. Ale takie to były czasy, dla niektórych ważne były osiągnięcia klubowe.

Kaziu grywał z bratem w szachy w trakcie biwaków?

Jego ojciec był znanym profesorem logiki, wykładowcą KUL-u i wszystkie dzieci - trzech braci i siostra - odziedziczyły zdolności matematyczne. Franek, młodszy brat Kazia, był w latach 70. trzy razy z rzędu mistrzem juniorów w szachach, jeździł po całym świecie i dzięki niemu mieliśmy pierwsi we Wrocławiu wszystkie płyty Pink Floyd. Pewnego razu wspinaliśmy się razem na Kazalnicy, co zresztą z powodu złej pogody skończyło się wycofem. Przez całą noc nie mogłem spać, bo padał deszcz ze śniegiem, a oni z Kaziem w płachcie biwakowej przez kilka godzin grali na pamięć w szachy. Cisza, nie miałem już papierosów, leżałem wkur..., a tu słyszę: "pion A5..." Pół godziny ciszy i: "koń B7..."

I kto wygrał?

Kaziu, który był wówczas studentem astronomii. Odkrył jakąś nową gwiazdę, za co zaprosili go na stypendium do Boulder w Colorado. Dokończył tę sprawę z gwiazdą, zrobił doktorat, a potem, gdy przyszedł stan wojenny, Amerykanie, choć wykorzystali jego osiągnięcia, odmówili mu azylu politycznego. Został i tak, bo gdzie miał wracać? Później, gdy byłem z Francuzami w Yosemite, to myślałem, że uda mi się spotkać z Kaziem, bo niedaleko, ale już wtedy wyjechał do Waszyngtonu.

Jakoś nikt nie ma z nim kontaktu. Nie wiem czy to jest związane z jego dawna praca dla NASA? Z tego, co słyszałem, to Kaziu pracował przy programie tego słynnego teleskopu amerykańskiego.

W Tatrach liczyły się wówczas odhaczenia i pierwsze przejścia zimowe?

Tak, bo żeby załapać się na jakiś wyjazd Chamonix, trzeba było mieć wyniki. Chociaż niektórzy wyników nie mieli lecz i tak wyjeżdżali. Przyjechałem tu po raz pierwszy w 1979 roku. Wcześniej uczestniczyłem w jednym obozie unifikacyjnym w Moku, lecz to nie było w moim stylu - wspinanie się z narzuconymi i przypadkowymi partnerami. Wspinałem się wówczas na jednej z dróg na Kazalnicy ze Skłodowskim. Jak głosiła legenda, na każdym stanowisku, gdzie on asekurował, było pełno kiepów. To była prawda, sam tak kiedyś paliłem.

Pierwsze drogi na Kazalnicy zrobiłem z Tadkiem Kowalczykiem z Sekcji Grotołazów i ze Zbyszkiem Samborskim. Pamiętam, jak z Tadkiem po dwóch tygodniach nie mieliśmy już prawie kasy. Żywiliśmy się głównie kisielem, racuchami w proszku i piwem. Tadek Kowalczyk był dobrym partnerem na drugiego, podobnie jak Marian Jargiłło. Z Kaziem i Samborskim mogłem się wspinać na przemian, nie było problemu, miałem zaufanie. Borkowski to typowy intelektualista i zawsze chciał się wspinać etycznie, czysto klasycznie. Zimą nie ma na to czasu.

Kiedyś wspinałem się ze Zbyszkiem Kacugą na direttissimie Mniszka. Kacuga pozostał dobrym kumplem, podobnie jak Termit. Lecz nie wspinaliśmy się już więcej, nie odpowiadała mi nerwowość Zbyszka, który histeryczył w każdym trudnym miejscu. Może się trochę bał? Spotkałem podobne zachowanie ludzi podczas prac wysokościowych we Francji. Ostatnio szkolą młodych, którzy nigdy się nie wspinali i nie wisieli naprawdę na linie. Staż ten odbywa się na pięciometrowym murku. Potem, gdy trzeba wisieć na wieży Eiffla lub na wieżowcach, to ci ludzie są jakoś zagubieni. Mają cykora, piją lub palą trawę przed lub podczas pracy. W tym wypadku strach uzewnętrznia się agresją lub histerią.

Uważam, ze wspinaczkę trzeba mieć we krwi, powinna ona płynąć w twoich żyłach. Inaczej nie ma sensu. Najlepszy przykład to szybka nieobecność wspinaczkowa wielu osób po upadku komuny. Świadczy to o tym, ze wielu z nas wspinało się dla innych celów niż przyjemność. Te inne cele to możliwość wyjazdu, biznesy i obserwacja środowiska.

W Tatrach atmosfera była trochę sztuczna. W Moku, na przykład, zawsze było kilku ze starej gwardii. Rej wodził Skoczylas i kilku innych. Ta stara gwardia paliła fajki, snobując się na niektórych znanych alpinistów, i opowiadała pierdoły. To tak jak kot palił fajkę. Zaznaczyć trzeba, że stara gwardia się nie wspinała, lecz spała spokojnie w pokojach w Moku. Czuło się coś niesmacznego w tym wszystkim, było to jedno z wielu towarzystw wzajemnej adoracji. Wszyscy, jako zasłużeni emeryci, infantylnie nazywali siebie po imieniu, zdrobnieniami.
Obok seniorów byliśmy my, młodzi napaleńcy. Nigdy mnie nie interesowało znalezienie się w tym gronie, chociaż wielu wspinaczy z mojej epoki gotowych było na wszystko, żeby stać się członkiem tej śmietanki. Te zdrobnienia to miały świadczyć chyba o tym, że jesteśmy jedną, wielką rodziną. Jakoś tego nie odczuwałem osobiście. Jeszcze a`propos koordynatorów: kiedyś pojawił się jakiś cieć z PTTK i groził, że zrobi nam dobrą opinię w PZA, bo pijemy piwo! Było to chwilę po aferze z Dziadkiem i Dziunią. Pamiętam, że chciałem mu dosunąć, ale powstrzymał mnie jakoś Kacuga i Wiesiek Krajewski.

Drugą sprawą były animozje miedzy rożnymi klanami. Klan Wrocławian, Krakowiaków itd.

Wojciech KurtykaFaktem jest, że w jakiś sposób wszyscy byliśmy konkurentami ze względu na perspektywę wyjazdów zagranicznych. Lecz mimo wszystko wszyscy byliśmy Polakami.

Jedną z rzadkich osób będących poza klanami był według mnie Kurtyka. To raczej inni chcieli się znaleźć obok niego.
Wojtka poznałem na taborze w `76 albo `77. Wspinał się wówczas z Kostkiem Miodowiczem. Od początku czułem, że to postać charyzmatyczna. Tego dnia wybierałem się na Kiełkowskiego na Kazalnicy i wczesnym rankiem stawiłem się przed namiotem Miodowicza, by pożyczyć kilka obiecanych poprzedniego dnia cienkich cvm-ów Stubaia, potrzebnych na płycie tektonicznej na Kielkowskim. Miodowicz jeszcze spał, a Kurtyka przygotowywał sniadanko na juwlu.A potem wola:Kostek wstawaj na śniadanie.


Potem spotkaliśmy się chyba ze dwa razy w Podlesicach na Wszystkich Świętych, gdzie w okolicznym zajeździe prowadziliśmy rozmowy na tematy metafizyczne. Opowiadałem wówczas Kostek MiodowiczWojtkowi moje wrażenia po locie na Małym Młynarczyku, kiedy wyrwałem stanowisko i zawisnęliśmy z Darkiem Drylą na jednym hexentriku nr 3. To chyba był cud, jak niektórzy mowili w Moku po moim powrocie ze szpitala w Kieżmarku. Miałem chyba dużo szczęścia: żadnego złamania, tylko skóra trochę poszarpana na rękach. Odczułem wówczas dziwny stan, tak jakbym widział siebie z zewnątrz. To podobnie, jak w jednym z poematów Yeatsa, w którym poeta rozmawia ze swoją duszą. Pamiętam, że Kurtyka opowiadał o podobnym stanie, który odczuł chyba zimą na Kazalnicy.

Dla mnie wspinaczkowymi ojcami chrzestnymi byli Harlin i Hemming, potem miałem dwóch ojców chrzestnych w KW. Myślę, ze Kurtyka był dla mnie i dla wielu wspinaczy z mojego pokolenia kolejnym ojcem - wzorcem do naśladowania. W każdym razie inspirował nas.


Wracajac do lotu, w sumie było to lot prawie 40 metrowy. Po kilku tygodniach ktoś w klubie poradził: jedź w skalki i zobacz, czy się boisz wspinać. Sprawdziłem, wszystko było ok. lecz szczęścia nie należy nadużywać.

Jacek Bierezin 1975Wspomnę tez o innych postaciach, które nie miały żadnej etykietki klanowej. Myślę szczególnieo Jacku Bierezinie, koledze po fachu, bo też poeta, oraz o Andrzeju Samolewiczu, którego chyba wszyscy pamiętają w jego niezapomnianym anoraku.

Pamiętam też śmiesznych hipów jak Michał Wroczyński z Warszawy czy szpaner Szałankiewicz, z którym robiłem filar Kazalnicy. Szałan wspominał zawsze, że zrobił Bonattiego na Kapucynie. Może haczył nieźle, lecz we wspinaczce klasycznej był raczej zerowy.

Andrzej Wania Samolewicz

 

 

 

 

Rico MalczykNie można oczywiście zapomnieć o Ryszardzie Malczyku, postaci charyzmatycznej. Malczyk był jednym z pionierów ostrego, polskiego wspinania i może najlepszym wspinaczem.

 

 

 

 

 

Dziadek i Dzik 1974rByły postacie oryginalne, jak Dziadek, który pomimo rożnych dymów, czasami z grubej rury, był postacią oryginalną. Były też postacie, silące się na oryginalność, które gdzieś się musiały dokleić, żeby o nich mówiono.

Kiedyś dałem się wpuścić w poręczowanie na Wielkim Zacięciu. To był pomysł wspinacza z Krakowa, Mątwy który poręczował tę drogę przez parę miesięcy. Uważam to za ciekawe doświadczenie ze względu na osobowość Mątwy, który był intrygującą postacią. Zginął później schodząc Whymperem z Aiguille Verte. Mątwa miał swoje patenty. Przed wyjściem robił kanapki w następujący sposób: brał podłużny chleb, kroił w kromki, smarował smalcem i ponownie składał w kształt chleba. Jak przymroziło to mieliśmy bryłę, którą trzeba było rąbać młotkiem.

W klanie wroc
ławskim z trudem wschodzącą gwiazdą był Alek Lwow, którego do dzisiaj uważam za kabotyna pierwszej klasy. Cóż powiedzieć o człowieku, który jest w stanie nawet się ośmieszyć żeby odróżnić się od innych. Zawsze się śmieję wspominając o robieniu przez niego, i jego klanu wzajemnej adoracji, czapeczek i rękawiczek na drutach. Lwow był infantylny, stąd jego dążenie do powszechnego uznania. Zawsze usiłował być w centrum grupy, która bezmyślnie przyklaskiwała. Alek od pewnego czasu jechał na starych osiągnięciach: Walker i Filarek Brzózki. Walkera też zrobił Kaziu Morderca, który nie był błyskotliwym wspinaczem! Lwow często więcej dziargał na drutach niż się wspinał.

Byli też ludzie godni pozytywnego wspomnienia, jak Jacek Klincewicz, osoba o wielkim magnetyzmie, człowiek, którego nie interesowała małostkowość. To właśnie Klincewicz jako jeden z nielicznych wziął mnie w obronę, kiedy po powrocie z Chamonix Lucjan Górski zarzucał mi, że na wyjeździe Faka w Cham była moja żona i że jechałem po nią na lotnisko do Paryża. Co jedno ma z drugim? Żona była w Chamonix na swój koszt. Po drugie: większość z nas jechała stopem, żeby zwiedzić Paryż. Zresztą to śmieszna sprawa, gdyż na niektórych himalajskich wyprawach były panie, które załapały się tam po znajomości. Wątpię, czy Milewska była na wyprawie na własny koszt.

Wracając do Jacka: słyszałem, że po jego śmierci na wyprawie rodzina złożyła skargę o zabójstwo. Nie wiem, nie było mnie tam wtedy. Lecz sam nie miałbym zaufania do niektórych towarzyszy z tej wyprawy.

Zresztą z Górskim zawsze toczyłem wojnę, zawsze - to znaczy od czasu, kiedy zrobiłem jakieś tam wyniki. Górski był prezesem AKA, w środowisku młodych napaleńców, będąc jednocześnie członkiem starej kliki.

Było rzeczą normalna, iż każdy, kto pojawiał się w AKA, mając sportowe poglądy jak ja, był dla niego zagrożeniem. Górski widział, że nie odsuwam, jak kliki, młodych na bok. Wręcz przeciwnie.

Zawody w Sobótce w 1979r.Miałem dobry kontakt z kursantami, którzy chcieli się wspinać. To się nie podobało. Do czasu mojego wyjazdu na Zachód byłem vice-prezesem AKA. To była dobra nauczka dla sitwy, która miała trochę związane ręce. Dobrym przykładem jest sprawa Szymona Serwatki, który wygrał zawody w Sobótce w 1979r. Serwatka nie był studentem, lecz chciał się wspinać i był zdolnym wspinaczem. Jakoś go uwalono po tych zawodach, gdyż zwyciężył przed Handlem i Pankiewiczem. Podobnie jak Małolata, o którym nieco później.

Na zakończenie kilka słów o kretach. Według Kurtyki wśród wspinaczy nie było żadnego komunisty. Wątpię, bo co powiedzieć o licznych obserwatorach, którzy obcowali ze środowiskiem, niewiele mając z nim wspólnego. Najbardziej podejrzanymi osobami we Wrocławiu byli dla mnie ci, którzy zakupili pierwszy numer Łojanta, numer, który pokazał mi podczas przesłuchania na MO. Ale o tej sprawie później.

Małotal - CzyżewskiSzkoda, że tej zgniłej atmosferze uległ Małolat, wpadł w pułapkę własnego sukcesu. Naprawdę szkoda, gdyż Czyżewski był wspinaczem hors paire. Zresztą to nie jest wyłącznie moje zdanie. Zbyszek się zmarnował lecz także niektórzy go zmarnowali. Pamiętam, jak w Moku podczas jego zimowych solówek stara gwardia podpuszczała go do łojenia, stawiali na niego prawie jak na konia wyścigowego. Dla urzędników z PZA ważne były rezultaty, cena się nie liczyła. Często było nią życie, w wypadku Małolata ceną była głupio zmarnowana, błyskotliwa i krótka kariera.

 

Kurtyka IMałolatDrugą sprawą było, o czym przypomniał mi Władek Janowski, zakazanie wspinania się z Małolatem zadekretowane przez KW Wrocław. Wówczas chyba prezesem był "Bogdanek" Jankowski, mówiąc językiem Nyki! Ach, te zdrobnienia!
Małolat, alias Zbigniew Czyżewski, nie był wówczas członkiem KW Wrocław. Dziwne, że wydano taki zakaz. W sumie to nie dziwne, tylko świństwo, hańba i wstyd. Ci, którzy to podpisali w KW Wrocław, powinni być na czarnej liście. Na czarnej liście indyków, gdyż indyk jakoś tak wizualnie odróżnia się od innych ptaków.
Potem przygarnął Małolata Pietkiewicz z SKW

Nic dziwnego, ze Małolat się zmarnował. Wspinałem się z nim podczas jego debiutu. Często zimą byliśmy tylko we dwójkę w Sokolikach. Czułem się przy Zbyszku jak kursant. Szkoda, ze nie mam z nim kontaktu.

Zresztą Zbigniew był tylko jednym z kozłów ofiarnych. Najpaskudniejszą sprawą było chyba wykluczenie Tadeusza Piotrowskiego po aferze na zimowej wyprawie na Lhotse. Zawada zabrał Latałłę na wyprawę, gdyż TVP sponsorowała dolcami. Uważam, że Latałło nigdy nie powinien opuścić bazy, gdyż był dyletantem. Zawada zabezpieczył się na wszelki wypadek, polecając Piotrowskiemu opiekę nad asystentem operatora. Jeśli dobrze pamiętam, ten fakt został wykorzystany w filmie nakręconym podczas wyprawy. Film oczywiście miał służyć jako usprawiedliwienie wyprawy, zakończonej fiaskiem, i udowodnieniu winy Piotrowskiego. Po powrocie do kraju Piotrowski został po prostu wyrzucony z PZA, gdyż to z jego winy zmarł Latałło! Zresztą słyszałem inna wersję tej historii. Ponoć Latałło nie zginał podczas zjazdu (oficjalna wersja), tylko wchodząc na małpach do góry, gdyż zaniepokoił się nieobecnością Jerzego Surdela (operatora i alpinisty), który zamarudził po drodze. Osobiście uważam, że to Zawada powinien ponieść odpowiedzialność jako kierownik wyprawy. To chyba największy gnój jaki pamiętam. Lecz grube ryby śpią zawsze spokojnie.



Polakom pomagał w Chamonix Teddy Wowkonowicz?

Pomagał to za małe słowo. Gdyby nie Teddy, to chyba te nasze wyjazdy nic by nie dały.

W 1979 roku koczowaliśmy na kempingu w Biollay, za cmentarzem, tam, gdzie kiedyś bywał Harlin, Hemming i inni. Wówczas dziki kemping w Cham był już zabroniony, ale nas dzięki Wowkonowiczowi i kilku Francuzom jakoś tolerowali. Koczowali tam wówczas Francuzi, Anglicy i inne narodowości. Policja organizowała niespodziewane najścia i innych wyganiali, Polaków zostawiali.>

Zawsze były jakieś luzy, Teddy nawet 50%,zniżki na kolejkę na Midi jakoś załatwił, jak dla tamtejszych przewodników. W kasie była specjalna lista, mówię o 1985 roku, z nazwiskami polskich wspinaczy. Potem była nawet afera, gdyż ktoś się wygadał i pewnego razu orbisowska wycieczka zażądała także zniżki, był dym ale jakoś przeszło.

Po latach uważam, że te nasze wyjazdy to była epoka samobójców. Myślę w kontekście pokoleń historycznych: Pokutnicy, Kaskaderzy, Łojańci itd. W każdym z tych pokoleń istniało "subpokolenie" samobójców. Ludzi zapalonych, którzy przyjeżdżali w Alpy ze skandalicznym sprzętem i wyposażeniem, ze 100-150 dolarami w kieszeni. Potem Taternik relacjonował o polskich sezonach w Chamonix. To był jeden pic na wodę. Pamiętam, jak w 1983r. kupa chłopaków była chora, bo żywili się tylko konserwami. Niektórzy zajmowali się fajansem, czyli odzyskiem nadpsutych owoców, wyrzucanych z marketów przed zamknięciem. To właśnie te inne aspekty naszych bohaterskich wyjazdów po wyniki. Być może wyjazdy centralne miały trochę lepsze warunki, lecz wątpię.

Te nasze warunki, trudne i jak z dzikiego wschodu, nie usprawiedliwiają jednak licznych kradzieży u Snella czy u Sanglarda. Kradzieży w których uczestniczyli niektórzy z krakowskich asów wspinaczki klasycznej. Myślę, że w tej sprawie Wowkonowicz się też wstydził, chyba bardziej, niż bezpośredni sprawcy. Dziwne, że w niektórych formularzach VI.7 nie ma wzmianki na ten temat. Wstyd, beznadzieja i syf!

Mieszkając na dzikim kempingu nie mieliśmy się gdzie wykąpać. Ktoś wymyślił przejście przez płot na basen w Chamonix. To był dobry pomysł, tylko trzeba było uważać, żeby nas nie złapali.
Pewnego razu chwycili dwóch Krakowiaków, którzy pojawili się na basenie w Zawratach, od razu ich przyfilowali. Później przemykaliśmy się na niektóre kempingi, pod prysznic.

Kiedyś Kurtyka powiadomił Europe o tajemnicy sukcesów polskich wypraw w Himalaje i Karakorum. Tą tajemnicą, jedną z wielu, był przemyt polskich artykułów konsumpcyjnych.

Wydaje mi się, ze trzeba też powiedzieć o tym, co działo się w Alpach. Co do wyjazdów, FAKA na przykład, to zastanawiam się do dzisiaj, kto tam rządził. Pierwszy raz w Chamonix wspinałem się z siostrą Łukaszewskiego. Później z Bożeną Hartman. Poszliśmy na Tacula na Bocallatiego. Towarzyszyła nam dwójka instruktorów z Katowic: Czarniecki i drugi typ. To były typowe dziadki wspinaczkowe. Uważam, ze nie powinni się znaleźć z nami na obozie. Tak się wlekli za nami, że inne zespoły ich wyprzedziły i musieliśmy na nich czekać, żeby odzyskać pozostawiony sprzęt. W sumie zakończyło się tym, ze oberwali kamieniami i trzeba było zostawiać im linę, by małpowali za nami. Złapaliśmy oczywiście kibel pod szczytem. Żeby przyspieszyć tempo wspinałem się potem praktyczne bez asekuracji aż do szczytu. Potem w klubie wytknięto mi raport z FAKA: Paćkowski narażał życie partnerów wspinając się bez asekuracji. Tak, to podpieprzyli mnie instruktorzy. Bożena dobrze łoiła. Później przez długi czas wspinałem się we Francji z dziewczynami.

Władek Janowski zimą w SokolikachPotem na początku lat 90-tych postanowiłem wspinać się solo. To był powrót do źródeł, kiedy z Janowskim na Sokolikach ćwiczyliśmy zimą w `78r. technikę solowego haczenia.

Na początku używałem asekuracji z węzła Macharda, inaczej patent Bachmana lub Barnetta. Później spotkałem Destivelle w Bleau i wspinałem się solo z używanym przez nią Gri-Gri. Ten przyrząd jest dobry na drogach hakowych, lecz na klasycznych jest niebezpieczny: podczas lotu lina blokuje się czasami pod tą ruchomą częścią, która jest ostra jak brzytwa. Potem Christophe Moulin pokazał mi, jak trzeba trochę przerobić Gri-Gri wiercąc otwór na pętlę itd.
Po jakimś czasie zaniosłem ten przyrząd do Snela, żeby mi wymienili jedna z części, którą przerobiłem. Po tygodniu zadzwonili z Petzla mówiąc, że w żadnym wypadku nie reperują sprzętunaruszonego przez użytkownika, gdyż to bardzo niebezpieczne.

Kiedyś spotkałem Lafaille'a na Barberine i pokazał mi austriacki patent do solowego wspinania: węzeł Mascharda z bloczkiem czyli ulepszony system Barnetta. To genialne: przed węzłem instalujesz bloczek do transportu sprzętu, to właśnie on przesuwa węzeł. W ten sposób można mieć wolne ręce do wspinania. Wolne ręce to teoria, gdyż gdy lina zbliża się do końca, to co wisi w dole, zaczyna ciążyć i żeby wyciągać luz, jednak trzeba pomagać sobie ręką. Jedną z metod na odciążenie wagi liny jest jej mocowanie na każdym przelocie małą linką, węzłem kabestana.

Istnieje także inny wariant ulepszonego Barnetta: Shunt nowej generacji zamiast Macharda i mały karabinek stalowy maillon (taki jak na stanowiskach zjazdowych w skałkach) zamiast bloczka. Lecz osobiście nie mam zaufania do Shunta.

Obecnie używam Solisty, otrzymanego w prezencie od Marca Batarda. To świetny przyrząd, jeszcze z nim nie odpadłem. Lecz oficjalnie, według producenta, Soloist nie jest przyrządem do wspinaczki solowej. Jest używany wyłącznie wtedy, gdy partner jest ranny i trzeba skończyć drogę. Jakoś wszyscy boją się solistów. Głównie producenci sprzętu!

Sprzęt, jak sprzęt. W sumie na drogach mieszanych (hakowo - klasycznych) najlepsze i najbezpieczniejsze jest zmienianie systemu. Na pewnej hakówce (dobre haki) wolę osobiście Soloiste lub Gri-gri, gdyż szybko, jedną ręką, można się przyblokowac. Na fragmentach klasycznych lepsze jest wspinanie z systemem ulepszonego Barnetta, gdyż w razie lotu węzeł Macharda działa niezawodnie. Oczywiście po ulepszeniu pętli, z której robi się węzeł. Trzeba po prostu z serca liny wyciągnąć kilka włókien i zatopić potem zapalniczką dwa końce. Lina jest wtedy miękka i bardziej czuła. Nie osłabia to wcale jej wytrzymałości. Lecz wystarczy na ten temat, bo się producenci lin obrażą.

Kiedyś Władek Janowski zgnoił mnie, że w Taterniku krytykowałem łojenie na żywca. Jest jednak różnica miedzy żywcem i wspinaczką solową, z asekuracją. Chyba wszyscy wspinaliśmy się na żywca po znanych nam drogach. Najlepszym przykładem jest Thomas Bubendorfer, który rąbnął poważnie kiedyś. Były także żywce Made in Kurtyka, great!!! I zakończone pomyślnie.

Do solo asekurowanego i żywca to też trzeba mieć. W sercu i w kroku.

Wracając do Wowkonowicza. Często się z nim widywałem, średnio co dwa tygodnie. Teddy zawsze wspominał o polskich przejściach i o śmierci Żuławskiego na Taculu. Kiedyś musiałem mu obiecać, że poszukamy ciała w szczelinach pod Taculem. W sierpniu `85, podczas dupowy, w schronisku Cosmiques zmobilizowałem kilku wspinaczy francuskich do poszukiwań. Oczywiście rezultat był negatywny, ale Teddy nawet się popłakał. Podobnie, kiedy dałem mu w prezencie kartki ze starego Lwowa, gdzie się urodził.

Nigdy nie mówił z goryczą o Polakach. To od jego żony dowiedziałem się, że Monsieur Teddy ubolewał nad pewnego rodzaju brakiem pamięci ze strony rodaków, którzy będąc w Chamonix nawet do niego nie wpadli. Dlatego też wolałem się trzymać na uboczu podczas jego pogrzebu, nie miałem ochoty widzieć przedstawicieli z PZA i słuchać ich krokodylich łez. Przed pogrzebem bylem zobaczyć Teddy'ego w kościołku w Les Praz i potem przekazałem żonie tekst napisany po francusku poświęcony jej mężowi. Wieczorem zadzwonił jeden z synów dziękując z wielkim wzruszeniem za pamięć.

Ten tekst w zmienionej wersji, mniej osobistej, wysłałem do Gór. Uważam za świństwo, że nawet tekst pamięci Wowko został okrojony. Świadczy to o pewnych sprawach. Wowkonowicz nigdy nie wrócił do kraju, pomimo otrzymania Krzyża Odrodzenia. Chyba nigdy nie otrzymał polskiego paszportu. A znając go -z francuskim nie chciał jechać.


Rok później wróciłeś do Chamonix i już zostałeś?

Tak, wyjechałem do Paryża. Byłem po studiach, pozostała mi tylko obrona pracy, czego zresztą nigdy nie zrobiłem. Potem pracowałem tu, w dolinie, latem, w CAF (Club Alpine Francais) jako instruktor wspinania w Le Tour. W CAF-ie zawsze było dużo jedzenia, więc przynosiliśmy chłopakom, jak przyjeżdżali z Polski jakieś pieczenie, bo to wszystko na konserwach siedziało...

W Cham szkoliłem kursantów przez trzy sezony w CAF-ie. Mieszkałem już wówczas pod Paryżem i w Chamonix bywałem tylko sezonowo. Wówczas zetknąłem się z zawodem przewodnika. Niektórzy Francuzi namawiali mnie, żebym się zapisał do ENSY. Nawet przeszedłem już testy wspinaczkowe. Lecz widząc zawodową mentalność szybko ten mój projekt odłożyłem do lamusa. Zrozumiałem, że wspinając się dla przyjemności nigdy w tym zawodzie nie zarobię na życie. Jeśli chcesz być przewodnikiem, musisz zgodzić się też - lub głównie - na turystykę.

Uważam, ze była to jedna z moich najlepszych decyzji życiowych.


Wspinałeś się z ekipą z Paryża?
Po krótkim pobycie w Cham pojechałem na kilkanaście lat do Paryża. Wówczas poznałem szkołę wspinania w Fontainebleau ,gdzie trenowali tacy wspinacze, jak Allain, Beradini czy Desmaison.

W Fontainebleau naszą bazą była oberża na Dame Jeanne, odpowiednik Szwajcarki w Sokolikach. Do dzisiaj oberża ta słynie ze świetnego jedzenia. Tam właśnie spotkałem większość słynnych wspinaczy francuskich. Znanych, jak Desmaison, i anonimowych, jak Bocianowski, Géhant i inni.

Zakupiłem sobie pierwsze prawdziwe butki wspinaczkowe i prawie każdy weekend spędzałem w Fointainbleau. Dzięki Fontainebleau stwierdziłem, że nasza wspinaczka krajowa pełzała gdzieś z tylu za tym, co robili Francuzi od wielu lat. Mówię tylko o wspinaczce skałkowej i o bulderingu, gdyż w Alpach do końca lat 70-tych w modzie było łojenie metodą trzymaj się haka jeśli jest. Wspinaczka w Fontaiebleau jest szkolą uniwersalną, świetnym poligonem przed granitem i wapieniem.

Innymi paryskimi miejscami wypadowymi są Soissois, Surgy czy Fixin w Burgundii lub normandzkie wapienie w Dolinie Sekwany.

We Francji odkryłem inne środowisko, mniej scentralizowane, być może ze względu na wielką ilość wspinających się ludzi. Oficjalnie w tym kraju wspina się ponad 400 tysięcy osób, choć to liczba prowizoryczna, wykazująca wyłącznie ilość osób, które wykupiły składkę ubezpieczeniową w Związku (FFME ). Każdy robi tutaj to, na co ma ochotę. Nikomu nie trzeba zdawać sprawozdań. Nie ma koordynatorów i obserwatorów. To chyba bardziej mi odpowiadało, gdyż wspinanie nie jest sprawą kolektywną.

To tutaj stwierdziłem, ze Złote góry stoją przede mną otworem, wystarczy tylko chcieć. Wspinasz się jak chcesz i potrafisz, reszta to literatura. Oczywiście nie należy zapominać o finansach. Wspinasz się z ludźmi, do których masz szacunek i masz ochotę z nimi się wspinać. Lecz to nie takie proste.
Czasami lepiej wspinać się samemu. Solo nie masz jaj: to twój błąd i dym. Nie ma tłumaczeń, oskarżeń itd. Jesteś sam, jak w sumie każdy jest sam w swoim życiu. Ale to chyba sprawa mentalności. Często ludzie mówią: człowiek potrzebuje kogoś, gdyż nie może żyć sam. To nie moja wizja. Wspinam się sam, sam jestem odpowiedzialny za moje wybryki i błędy. Nikogo nie ciągnę
na linie. Lina wisi. A właściwie to luz wisi. Do jednego końca jestem przywiązany ja, drugi koniec jest przymocowany na stanowisku.

W drugiej połowie lat 80-tych spotkałem przypadkowo w Bleau znajomą polską ekipę: Handl, Janowski, Śmieszko, która jadąc do Verdon zatrzymała się w Cuvier, żeby poznać wspinaczkę w stylu Bleau. Przepuściłem chłopców, nawiasem mówiąc dobrych bularzy, przez jedną ścieżkę zdrowia na blokach (ścieżka lub szlak polega na zaliczaniu kilkudziesięciu bloków o podobnych trudnościach) o trudnościach 4-5-. Trochę mięśnie mieli ponadrywane nazajutrz. Lecz to normalne, nie ma czego wstydzić, gdyż skala Bleau jest ostra. Sam się o tym przekonałem będąc tam pierwszy raz. Szczególnie, gdy wspinamy się na blokach o wysokości około 10 metrów, na szlakach oznaczonych kolorem czarnym, czyli ED.

Bouldering to nie moja główna pasja, ale z braku laku... Po jakimś czasie zacząłem doceniać wspinaczkę po blokach, często do kilku dobrych metrów wysokości. Nie należało spadać, żeby się nie połamać, tym bardziej, ze w niektórych rejonach Fontainebleau w środku tygodnia nie ma żywego ducha. W razie poważnego lotu to kaplica! Może to zaszczepiło we mnie bakcyla solowej wspinaczki. Potem w starych książkach znalazłem informację, że niedaleko, kolo Némours, są duże skały, gdzie w czasach rozkwitu wspinaczki hakowej otworzono wiele dróg. Z Christophem Jacquetem odhaczyliśmy je prawie wszystkie. Zostały dwie czy trzy drogi, będące świetnym laboratorium haczenia. Pierwotnie zostały one otworzone przy pomocy nitów, lecz dzisiaj można je przejść wyłącznie przy użyciu sky-hookow lub rurpów (A4).

Do lat 80. poziom klasycznego wspinania Francuzów nie był wysoki. Mam na myśli oczywiście Alpy. Fontainebleau było wówczas inną, oddzielną szkołą, której osiągnięć nikt nie chciał lub nie potrafił zastosować w innym terenie.

Zaczęła się wówczas inna epoka związana z pojawieniem się Patricka Edlingera, Patricka Berhaulta, Patricka Cordiera, Thierry Renault czy Marco Troussięra. To ludzie, którzy wspinaczkę z Bleau przenieśli na teren alpejski. Dowodem są przejścia w stylu Ma Dalton na Aiguille du Midi ( T. Renault) czy Directe Américaine na Petit Dru (Profit ).Wbrew mitom Edlinger nie był bogiem, wszyscy inni z wymienionych poprzednio wspinaczy mieli podobny poziom, łojąc trudne drogi na żywca. Edlinger stal się mitem, gdyż jako pierwszy skumał się z mediami, co znacznie zaważyło na jego karierze. Podobnie jak Desmaison w Alpach.

Potem pojawiło się szybko nowe pokolenie: bracia Menestrel, Tribout, Destivelle, Godoffe i dziesiątki innych, anonimowych wspinaczy, o których nigdy nie pisał. Jak Oleg Sokolsky, Serge i Albert Géhant, Pascal et Françis Bocianowski.

To właśnie w czasach Edlingera rozpoczęła się w prasie alpinistycznej epoka gwiazdorów. Pozwoliło to młodym wspinaczom na przyłączenie się do nowoczesnych trendów. . Z drugiej strony epoka ta doprowadziła do niezdrowej konkurencji, której skrajnym przejawem są dzisiejsze wspinaczkowo - alpinistyczne trofea w stylu Złotego Czekana. Gdy ktoś uderzył w stół, zawsze odezwały się nożyce. Zazdrośni krytykowali nagrodzone przejścia, obrzucano się błotem itd. Uważam, ze to nie było potrzebne w środowisku wspinaczkowym. Jak można przecież mówić, ze przejście X jest większym osiągnięciem niż przejście Y. Zresztą te niesnaski pojawiły się już w czasach podboju najwyższych szczytów ziemi, ich dowodem było krytykowanie Kukuczki przez Messnera. We Francji ofiarami Piolet d'Or stali się między innymi, Catherine Destivelle i Marc Batard. Przed przyznaniem nagród ich nominacje zostały wygwizdane przez zazdrosnych w stylu pułkownika Marmiera, tego, który poręczował drogę Harlina na Petit Dru prawie miesiąc.

Drugim negatywnym przejawem epoki gwiazdorstwa jest gotowość ludzi na wszystko podczas wspinaczki. Jednym z przykładów było przejście przez niejakiego Momo słynnej drogi w Sossois w Burgundii - Chimpanzodrome. Momo zrobił tę drogę na żywca i w stroju Adama, osiągnął jednak swój cel: znalazł się na pierwszych stronach czasopism wspinaczkowych.

We Francji przez kilka lat wspinałem się miejscowymi wspinaczami. Najpierw robiliśmy weekendowe wyjazdy do Chamonix. W piątek wieczorem wyjazd samochodem do Chamonix na wschodnią Mont Blanc, na Kapucyna lub na Dru. Powrót teoretycznie w niedzielę w nocy, ale rożnie to bywało. Czasami trzeba było dzwonić do Paryża, że jesteśmy w drodze z Chamonix i mamy lekkie opóźnienie. Później byłem kilka razy w Verdon, dwa razy w Yosemitach na kilku standardach, w Dolomitach i w Hoggarze. Na początku lat 80-tych często wspinałem się w Kalankach a także koło Tulonu, gdzie jeździliśmy, aby oswoić się z pierwszymi 6b Edlingera.

Po dwutysięcznym roku powróciłem ponownie do Chamonix.

A co z Polakami?
W 1983 roku dzwonili do mnie ludzie z Wrocławia, że wspinają się tu, więc przyjechałem. Zastałem chyba ze stu Polaków. To było w tym czasie, kiedy dwie osoby z Krakowa zabiły się na drodze Poire'a na Gruszce na wschodniej ścianie Mt. Blanc. Potem jeszcze w 1985 roku spotkałem tu Dziadka. Przestał pić, był trzeźwy i jakoś się uspokoił. Poznałem wówczas Gienka Chrobaka. Niezapomniane spotkanie. Taki człowiek-masa z dużym sercem. Po Kurtyce to druga postać, która mnie zaszczypała gdzieś w gardle.

Chyba w `84 roku wspinałem się jeszcze z Andrzejem Budzanowskim.

Pamiętam taką jedną śmieszną historię. Jak wspominałem ,zawsze obecni byli koordynatorzy, nawet w Chamonix. Niektórzy bardzo poważnie i z sercem traktowali tę rolę. Kiedyś, chyba w 1983 roku, wpadłem z dziewczyną na dziki kemping w Cham koło cmentarza. A tutaj dziewczynie Sas-Nowosielski się przedstawia: Sas jestem, koordynator z ramienia... A dziewczyna na to: ja jestem Jola! Myśleliśmy, że się posikamy w anoraki!

Po stanie wojennym Polacy mieszkali na innym polskim dzikim kempingu w Pierre  d'Orthaz, w pobliżu słynnego bloku gdzie wspinał się Hemming.

Jeśli chodzi o ten wypadek, Wańka Zacharzewski mówił, że mieli słaby sprzęt.

O naszym sprzęcie nie ma co mówić. Kiedyś po locie z blokiem na hakówce na Mnichu stwierdziłem, że to chyba cud. Jak ta stara lina, sztywna jak koci ogon, wytrzymała?!
Wiesz, jakie wtedy były problemy ze sprzętem wspinaczkowym. Raz z bratem dowiedzieliśmy się, że puch można kupić w fabryce w Kielcach. Wydelegowali nas z klubu, wzięliśmy Trabanta i pojechaliśmy do Kielc po ten puch. A było to akurat w czasach rozruchów radomskich i tak wypadło, że nie mieliśmy jeszcze puchu, ale wpadliśmy do Radomia coś zjeść i znaleźliśmy się w centrum wydarzeń. Brat miał aparat i zrobiliśmy trochę zdjęć. Później przekazałem te zdjęcia dla KOR-u (Komitet Obrony Robotników), który założono właśnie po rozruchach radomskich. Zdjęcia miały jechać do Paryża, ale je wcięło! Potem założyliśmy we Wrocławiu SKS (Studencki Komitet Solidarności) i były pierwsze zebrania w mieszkaniach prywatnych. Byli jednak ludzie, którzy pracowali na dwa fronty, więc nas nakryli, skonfiskowali książki z "Kultury" i znalazłem się na "liście". Zdjęcia, jak mówiłem, wcięło, dzięki Burdewiczowi, któremu je powierzyłem. Do tej pory nie dowiedzieliśmy się, ani ja, ani mój brat, co się stało z tymi zdjęciami.

Ale to taka mała dygresja. Wypadek na Gruszce spowodowany był prawdopodobnie lawiną seraków. Ale w sumie nie wiadomo. Pamiętam, że będąc pierwszy raz w Chamonix miałem stare stępione raki Salewy i czekanomlotek produkcji Walkosza.

Mimo to założyliście na studiach podziemne pismo wspinaczkowe?

ŁojantTak, pismo nazwaliśmy "Łojant". Na fotokopiarkach jedna dziewczyna zrobiła nam po znajomości kopie tekstów, bo ksero było wtedy pod kontrolą. Pamiętam, że jeden tekst był o Kurtyce, jeden o wspinaniu klasycznym, a w środku czarno-białe odbitki fotograficzne. Na okładce pierwszego numeru było moje zdjęcie na Tępej. Wspinaliśmy się z bratem z kanistrami z piwem, które służyły jako wory, gdyż ćwiczyliśmy się w przeciąganiu szpeju na linie. Wtedy było to źle widziane w klubie i potem były głosy na zebraniu, że wspinamy się z kanistrami piwa. Na szczęście nie były to czasy palenia skrętów, bo byłaby to dopiero afera! Zresztą, ci którzy nas krytykowali, sami pili piwo lub inne trunki, lecz na uboczu poza oczami młodych.

Potem miałeś tę dziwną historię z milicją rzeczną?

Tak, mieszkałem wtedy u matki i kiedyś wracam do domu. Kobieta, co u nas pracowała, mówi: "Panie Piotruś, dostał Pan tu wezwanie z milicji, ale nie ma pieczątki, ani podpisu, to pewnie SB Pana wzywa". Faktycznie nic nie było, więc wyrzuciłem je do kosza, ale za dwa dni przychodzi nowe wezwanie, tym razem z pieczątką - Komisariat Milicji Rzecznej we Wrocławiu! Trochę miałem cykora, bo to było zaraz po sprawie Pyjasa w Krakowie, więc uprzedziłem kolegów, żeby dym robili, jeśli nie wrócę. Wchodzę, jeden był starszy, drugi młodszy, okularki czarne jak agenci z FBI, w czarnych kurteczkach skajowych. "Dzień dobry Panie Piotrze, jak dobrze, że Pan przyszedł". Przeprosiłem ich, że nie mogłem się stawić na to wezwanie ze względu na egzaminy na studiach, bo wiesz, trzeba było grać wtedy głupa. "Aaaa, to Pan studiuje?" Miałem już na końcu języka: - "Wie Pan jak to jest, sam Pan studiował", ale nie chciałem prowokować. Zaczęło się od koniaczku i na początku gadaliśmy o pierdołach, a potem wypytywali o kontakty z ludźmi, aż w końcu, jak zorientowali się, że nic ode mnie nie wyciągną, musieli jakoś dojść do tego, że komisariat milicji rzecznej, więc mnie pytają:
- Czy Pan był w tym roku gdzieś nad wodą?
- Nad morzem nie byłem, w górach na obozie wspinaczkowym!
- A czy tam była jakaś woda?
- No tak, wie Pan, w Tatrach są stawy
- mówię. - Morskie Oko, Czarny Staw. - Tak, była tam woda!
I wtedy na tym
spotkaniu wyciągnęli mi skur... jeden oryginalny numer "Łojanta", a w klubie sprzedaliśmy tylko cztery numery tego pisma!. Miedzy innymi te egzemplarze kupili: Górski, Stępień, Panejko i Jakubowski. Ktoś im przyniósł tego Łojanta, jakiś inny łojant!

Na zakończenie otrzymałem propozycję nie do przyjęcia! Panie Piotrze, złotych gór Panu nie obiecujemy, lecz gdyby chciał Pan pojechać na jakąś wyprawę, to poprzemy!

Wówczas obiecałem sobie, że nie interesują mnie wyprawy, w których biorą udział, miedzy innymi, krety i szczury.

Długo wydawaliście to pismo?

Nie, bo zaczęły się dymy, że pismo nielegalne, więc się zatrzymaliśmy. Potem w tym SKS puściliśmy w ruch petycję w sprawie Pyjasa, żeby to wyjaśnić, do prokuratora itp. Petycja krążyła i na politechnice, i na uniwersytecie, na wszystkich wydziałach. I wiesz, ile osób tę petycję podpisało? Trzynaście. Tylko trzynaście osób, jak na ostatniej wieczerzy. I tę trzynastkę zawiesili na rok. Oczywiście byłem jednym z tej trzynastki.

Wspinasz się dalej?

W tej chwili głównie w skałach i na lodospadach, głównie solo. Na góry nie mam zbyt dużo czasu. Poza tym od kilkunastu lat nurkuje. Jakoś trzeba podzielić wolny czas. Chyba będzie ciężko, gdy przestanę się wspinać lub będę musiał przestać.

W górach
Gdzie marzenia śpią na ośnieżonych szczytach
gdzie życie dopala się w ramionach świtu
powracamy co oddech, co lato, co zimę

GALERIA