O jednym takim, co ukradł Księżyc
lub
historia jednej skałkowej drogi

 
 
 


pamięci ofiar katastrofy pod Smoleńskiem


The mortal moon hath her eclipse endured (Shakespeare)

Złodziej Księżyca

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W latach 70-80 pojawiła się na Zachodzie nowa moda na "chrzczenie" dróg wspinaczkowych - skałkowych lub górskich. Moda ta przyszła także do Polski (wcześniej już będąc na Słowacji).
Jednakże konserwatywne, krajowe, wspinaczkowe organa prasowe (Taternik kierowany wówczas przez Nykę) z urzędu odrzucały autorskie nazwy dróg.
Taki los spotkał moja drogę na Zamarłej Turni, nazwaną "Superbrutalexpres" (od dezodorantu Made in Poland z epoki), która do dzisiaj zwana jest droga Jargiłły.

Ale mniejsza o to.

* * *

La Joux - ogólnie

 

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Latem 2005 mieszkałem w Grassonnets, między Argentiere i Chamonixn, naprzeciwko skałek La Joux . Co wieczór po pracy wspinałem się tam, bo to było tylko 10 minut marszu.

Wypatrzyłem kilka nowych dróg wiodących na górną część skałek.

Sprzęt dostarczył Hervé Snell, syn nieżyjącego już właściciela słynnego sklepu ze sprzętem wspinaczkowym. Gdy tylko wspomniałem o projekcie nowych dróg (nie przyszedłem, żeby żebrać o parę "long-lives") Hervé poszedł do właściwego działu sklepu i wrócił z kilkoma garściami nitów i plakietek.

Ze względu na respekt dla ludzi z gestem pierwsza droga została ochrzczona Grâce a Snell. Druga - Bijou - poświęcona kobiecie mojego życia. Trzecia - Les animaux du désert była aluzją do tysięcy żołnierzy wysłanych na wojnę do Iraku. Na marginesie: według Dominique Potarda, autora przewodników skałkowych w Chamonix, drogę tę atakowała bezskutecznie ekipa instruktorów ENSY w 1982 roku.

Ostatnią drogą, będącą przedłużeniem starej linii Les anciens du gaz, był ładny filarek wiodący na szczyt skałek.

W oczyszczaniu drogi pomagał mi Fabrice Mugnier z Grassonnets oraz Krzysiek Lizak z Krakowa, będący od czasu do czasu w Chamonix. Krzysiek nie bardzo był zadowolony z "czarnej pracy" (dosłownie). To zanieczyszczenie z Tunelu Mont Blanc - mówiłem.

Droga ta została oczyszczona (drucianymi szczotkami) podczas zjazdów, następnym etapem było właściwe otwarcie od dołu, solo z , otrzymanym w prezencie od Marca Batarda.

Podczas jednego z sierpniowych wieczorów wywierciłem Hiltim trzy dziury na nity. Po dojściu do stanowiska okazało się, że akumulator jest KO. Zjechałem z niepewnego haka.

Nazajutrz znalazłem się ponownie na drodze w celu założenia porządnego "zjazdu".

W końcowej nyży czekała na mnie kozica z trójką koźlątek. Zwierzęta tak jakoś ludzko na mnie patrzyły, że zostawiłem wiertarkę w nyży wycofując się dyskretnie.

Księżyc wschodził w tym czasie. I wówczas pojawiła się idea o nazwaniu drogi.

Przypomniał mi się tytuł filmu, którego zresztą nie widziałem: O dwóch takich, co ukradli Księżyc. Lecz w mojej głowie był tylko jeden złodziejaszek. Dlaczego jeden? Nie wiedziałem, ale nie dawało mi to spokoju.

Po francusku nazwałem drogę Voleur de Lune (Złodziej Księżyca)

 

* * *


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Księżyca chyba nie można ukraść. Przywłaszczyli go sobie Amerykanie i trochę Rosjanie! Księżyc można tylko przybliżyć, tak jak pisali niektórzy poeci.

Dlaczego myślałem tylko o jednym złodzieju?
Zrozumiałem to 10 kwietnia tego roku.

Rano telefon z Polski (to Mama): czy słyszałem o Katastrofie? Do Katynia lecieli, cała delegacja zginęła.
Chwila ciszy na linii, bo coś w gardle drapie. I ten Orzeł Biały coś nadaje, ale inaczej. Może to Chochoł? Bo z szabelką na alienow to chyba nie da rady.
Przypomniała mi się droga na Joux. I później napisany o niej wiersz: "uciekać przed drzewami, oddychać ziemią" (cytat z mojego wiersza)
- Piotrek jesteś?
-
Jestem, Kochana!

Widziałem wówczas te kozice z małymi, przypomniał mi się film Wajdy.
Lecz także stary wiersz Borgesa La Lune:

Gigantyczny wilk zamieszkuje spiżowy las.
Jego przeznaczenie dyktują stare teksty.
Jego zadanie: zrzucić i zabić Księżyc,
Kiedy świt podpali otchłanie

(wolne tłumaczenie P.P.)

 

Lecz także wiersz Herberta - Guziki -"katyński las dymiący mgłą.".
Tu-154 lecący tuż nad lasem i później kilka metrów nad ziemią (jak w dziesiątkę bo 1+5+4=10).
Nad tym przeklętym lasem.
Może las pojawił się i przyszedł, jak w Makbecie?

"Las po którym chodzić trzeba ostrożnie, gdyż pod mchem może ktoś śpi zamordowany nocą."
(cytat z innego mojego wiersza)

* * *

Krąg się zamknął, koniec historii. Lista ofiar powiększyła się o 96 osób. Czarne skrzynki mówiące rożnymi językami, wiec inaczej. Pogrzeb w krypcie.

A przecież miała być polsko-rosyjska msza. A tutaj pogrzeb? I krokodyle łzy? Gombrowicz i Witkacy śmieją się chyba w ludzkim piekle.

Wulkaniczna chmura i anulacje przyjazdów, bo może tak wygodniej. Jak z Danzig.

Herbert miał racje, zostały tylko guziki, podwozie samolotu witające nowy dzień, biało-czerwona szachownica, zwłoki ledwo wkopane w ziemię.


Może nazwa drogi wspinaczkowej nagryzmolona na skale żółtą farbą.