Tatry - góry najpiękniejsze
Michał Rybakowski

 
 
 


Zamarła Turnia

 

 

Wszystko minęło, lecz wyście przetrwały.
Takie same strzeliste, dumne i groźne,
jak w dniu owym, gdyście się wzniosły ponad poziom nizin
(...)
stałyście się marzeniem, tęsknotą ludzi spragnionych
modlitwy bezsłownej i słońca (...)
Tatry wy boże, niczyje...

Mariusz Zaruski "Na Bezdrożach Tatrzańskich"

Zamarła Turnia w całej okazałości. Foto: M. Rybakowski

 

Droga w góry nasze najpiękniejsze zajęła mi 10 lat. Pierwszy raz wybierałem się z kolegą Maćkiem Pinkowskim . Świeżo upieczeni kursanci po kursie siedmiodniowym przygotowującym do kursu tatrzańskiego, chcieliśmy zrobić najpiękniejszą turystyczną trasę - Orlą Perć. Jednak to były czasy, kiedy komórka nie była rzeczą powszechną i tak się stało, że Maciek sam pojechał.

Drugi raz wybierałem się z kolegą Szczepanem z Nowego Targu, z którym razem zdobyliśmy Iglicę przed Halą Stulecia we Wrocławiu. Wszystko wskazywało na to, że wyjazd dojdzie do skutku. Kolega nawet kupił linę połówkową, jednak tydzień przed wyjazdem zadzwonił, że skręcił kostkę.

Trzeci raz wybierałem się po miesięcznym stopie po kraju, w którym je się żaby i popija czerwonym winem, pech jednak sprawił, że odbierając telefon od kolegi zawadziłem palcem w krzesło i złamałem sobie palec. Układ gwiazd, opatrzność boska, czy jak to ktoś nazwie - szczęście, tego roku było dla mnie łaskawe. Rozstałem się z dziewczyną, zrezygnowałem ze współpracy z moim pracodawcą, więc cóż można robić innego. Góry to pasja partnerska i tu się pojawił pierwszy problem. Bo większość ludzi, z którymi mógłbym się tam udać, pochłonięci są pracą, życiem lub wyjechali w cieplejsze góry, gdzie tak często nie pada.

Tak się złożyło, że pewnego pięknego deszczowego dnia na Taborze_pod_Krzywą szukałem dobrej duszy, która poczęstuje mnie papieroskiem. Tą dobrą duszą okazała się warszawianka, z 28-letnim stażem w Taterkach.

Pozostało tylko namówić ją, żeby tam się ze mną wybrała. Gdy się na to zgodziła, pozostało czekać na pogodę.
Na Palenicę dotarliśmy jednym z ostatnich busów. Plecaki jak zwykle okazały się za ciężkie, po krótkiej konwersacji okazało się, że zabraliśmy 200 m liny różnej maści, 30 kości, 20friendów, 3 kartusze, 2 palniki. Na szczęście trudy spacerowania asfaltówką do Wodogrzmotów Mickiewicza umilała nam wiśnióweczka.



Poranek jak na krainę deszczowców przystało - przywitał nas deszczem i mgłą. Około południa dotarliśmy do Doliny Cichej. Gdy góry zaczęły odsłaniać kurtynę z mgieł, ja usiadłem z wrażenia.
Koło godz. 15 zameldowaliśmy się w hotelu 5 gwiazdkowym z widokiem na Zamarłą Turnię. Jak przystało na żółtodzioba, chciałem wbijać się w ścianę od razu. Partnerka moja jednak stwierdziła, że nie zdążymy przed zmrokiem. Adrenalina spadła, zmęczenie zaczęło pokazywać ząbki. Żeby ugotować obiad, musieliśmy posilić się ostatnimi łykami kawy oraz papieroskami.

Koło czwartej nad ranem Tatry zafundowały nam budzenie. Mianowicie stado kozic zbiegało zboczami Koziego Wierchu robiąc rumot niczym spadające kamyki. Po takiej pobudce od razu chce się wstawać. Góry przywitały nas w szacie z porannych mgieł.

 

Pierwszy wyciąg wariantu do drogi Motyki 5+. Foto: WarszawiankaPo uzupełnieniu wody w źródełku niżej, śniadaniu, papierosie i kawie przyszła pora na zmierzenie się z pierwszą drogą w Tatrach. Moja partnerka zaproponowała mi, że jedną z piękniejszych dróg w skali 5+ jest droga Motyki z wariantem prawym kantem. Droga rzeczywiście była cudowna, choć nie przepadam za kantami.
W trudnościach pierwszego wyciągu włożyłem swój wkład w akcje Tatry bez młotka. Mianowicie pierwsza myśl - jest hak, to szybko pójdzie. Druga myśl - sprawdzę go. Hak udało mi się wyjąć bez młotka, bo moja partnerka zabroniła wziąć go w ścianę. Kosztowało mnie to trochę czasu , a jak to mówią starzy taternicy, w górach liczy się szybkość. Dalsza wspinaczka upłynęła bez większych przygód.

W ramach poznawania zejściówek, moja partnerka zafundowała nam zejście szlakiem z Koziej Przełęczy. Nie odbyło się bez przygód. Spotkaliśmy bardzo piękną turystkę w kapelusiku i tenisówkach, która chyba pomyliła bajki. Dziewczyna doznał kryzysu, jednak dzięki naszej pomocy wszystko skończyło się dobrze. Po zrobieniu drogi udaliśmy się na jedno piwo do "Piątki". Żeby tradycji stało się zadość, nie skończyło się na jednym. Najedzeni, bogaci w płyny izotoniczne, ruszyliśmy spacerkiem przez Świstówke do Moka.

Spacerki z naszymi worami po tatrzańskich dolinach tak nas wypompowały, że moja ,,przewodniczka" za nasz następny cel wybrała najbardziej popularny cel w ostatnich czasach, czyli najbardziej wysuniętą na południe skałkę - Mnicha. Po podejściu okazało się, że tego dnia byliśmy jedynym zespołem w ścianie. Pierwsza do boju ruszyła moja partnerka, jednak jak na kobietę przystało, zmieniła zdanie i mi przypadła przyjemność prowadzenia pierwszego wyciągu.

Pierwszy wyciąg drogi Wacław spituje 7- Foto: WarszawiankaZrobiłem pierwszy ruch po dłuższej chwili namysłu, nie lubuje się w rajbungach. Nic - jak to mówią pierwszy ruch jest najtrudniejszy - i tak było. Drugi ruch już się okazał łatwiejszy. Szykując się do trzeciego ruchu walnęło grzmotem. Nic - nie pozostało nic innego, jak się wycofać.

Po spektakularnym wycofie bez kropli deszczu, resztę czasu spędziliśmy na polankach pod Mnichem czekając na burzę, która nie nadeszła. Następnego dnia pogoda się pogorszyła, Warszawianka uciekła do warszawskiej rzeczywistości, a ja w Zakopcu na dworcu spotkałem następnych taterników, którzy przewiązali się ze mną liną.